Wspomnienie śp. Aliny Makowieckiej
26 maja 2025 roku w parafialnym Klubie Fides et Ratio przy kościele św. Stanisława BM w Gdańsku Wrzeszczu miało miejsce spotkanie krewnych i znajomych śp. Aliny Makowieckiej. Ta, w opinii wielu, niezwykła i zarazem skromna kobieta przez dziesiątki lat mieszkała niedaleko stąd, a wspomniana świątynia była jakby jej drugim domem. Tu przychodziła na niedzielne Msze święte, i częstokroć na wieczorne nabożeństwa. W miesiąc po złożeniu jej prochów do grobu na gdańskim cmentarzu Srebrzysko, w przykościelnym pomieszczeniu zebrało się kilkanaście osób, aby podziękować Bogu za jej obecność, i serdecznie ją wspomnieć. A było i jest za co.
Pani Alina miała wyjątkowy dar gromadzenia wokół siebie zarówno zwykłych, jak nietuzinkowych postaci. Mogli to być ludzie spotkani w czasie jazdy tramwajem lub na autobusowym przystanku, ale też artyści, uczeni, pasjonaci sztuk pięknych czy literatury. Zdumiewała ich nie tyle radami dotyczącymi tak zwanych spraw życiowych, ile niezwyczajną zdolnością włączania ludzkich problemów w porządek spraw ostatecznych, Boskich, ogarniających całego człowieka; całego, a więc i jego obolałości, trudy, tęsknoty, nadzieje… W jakiś wyjątkowy sposób potrafiła dotknąć kwestii dla każdego, jak sądziła, nieomijalnych: gdzie jest w naszym życiu Pan Bóg, gdzie Ojczyzna, gdzie rodzina, kim chcielibyśmy być dla innych i… dla siebie samych. Nie moralizowała, ale dyskretnie – choć i czasami, gdy to uznała za konieczne – stanowczo wskazywała na ich znaczenie.
Nie szukała, powtórzmy, po temu jakichś specjalnych okazji; czasem wystarczyła krótka rozmowa z przypadkowo spotkaną osobą w drodze do kościoła albo czyjeś pełne smutku westchnie w kolejce do lekarza. Dużo czytała. Znała na pamięć wiele wierszy Norwida, Baczyńskiego, Okudżawy… Z przejęciem recytowała ulubiony utwór poety Sergiusza Gorodeckiego, w którym ten rosyjski pisarz nawoływał do odkrywania duchowego pobratymstwa słowiańskich narodów: „Gdzie poryw górny – tam jest Polak, / Gdzie nurt głęboki – tam Rosjanin. / Lecz im jednaka w dziejach dola: / Gromowym łamać mrok łyskaniem!". Ciekawie rozprawiała o literaturze, i umiała mądrze słuchać. I to także ludzie sobie w niej cenili. Ba, miała też jakiś wyjątkowy dar pozyskiwania zaufania rozmaitych zwierząt, które jakoś instynktownie lgnęły do niej, aby się „zwierzać" ze swoich problemów – i ona je rozumiała. Zdumiewały mnie jej rozmowy z kotami, z psem, którego rasę określała jako jamnik błotny, a nawet z wyganianym za okno komarem. „Idź sobie na wolność, bo cię zdzielę packą" – cierpliwie mu perswadowała.
Uważała, że trudniej z ludźmi dojść do jakiegoś sensownego porozumienia niźli z innymi stworzeniami; ci pierwsi nie tylko samych siebie, ale i Pana Boga nie słuchają. Niemal fizycznie bolała ją ludzka nieczułość i zasmucała głupota. Stale zastanawiała się, jak by temu zaradzić. Modliła się i działała. Działała i modliła się. Kiedyś w nocy zadzwoniła do mnie z Kanady, przejęta przeczytanym „przed chwilą" artykułem. „Panie Kazimierzu, niech pan coś z tym zrobi. W gazecie piszą, że w pewnej afrykańskiej wiosce bezpański pies przyniósł w pysku zawiniątko, w którym było nowo narodzone dziecko – i położył je przed progiem murzyńskiej chaty. Widzi pan, Pan Bóg nawet psem się posłuży, żeby obudzić w człowieku sumienie. Przyślę panu tę gazetę. Niech pan coś z tym zrobi…". A innym znów razem przejętym głosem poinformowała mnie, iż widziała w kanadyjskiej telewizji, jak w jednym z węgierskich obozów dla uchodźców z Afryki młodzi muzułmanie z obrzydzeniem odrzucają podane im butelki z wodą, bo na butelkowej etykietce widnieje caritasowski czerwony krzyż. „Zaraz będę dzwoniła do Episkopatu" – oświadczyła. „Niech sobie uświadomią, co się dzieje". Nie wątpię, że stało się tak, jak zamierzyła.
Uważała, że polskość i katolicyzm są nie do oddzielenia; że są sobie poślubione. Na rozmaite sposoby broniła tej jedności. Pod koniec życia marzyła, żeby ją pochować z czapką konfederatów barskich na głowie. Kilkakrotnie mi o tym przypominała. Tak się jednak nie stało. Z Kanady do Polski wróciły tylko jej prochy. A jeśli nawet stałoby się inaczej, i przetransportowano by ciało pani Aliny w trumnie, to i tak trudno byłoby zrealizować jej oczekiwanie. Bo wszak gdzie dzisiaj znaleźć rzemieślnika, który by wymarzoną konfederatkę uszył?
Jakby rekompensując jej ów zawód, zebrani na gdańskiej uroczystości ze skupieniem wysłuchali fragmentu „Pieśni konfederatów barskich":
Nigdy z królami nie będziem w aliansach,
Nigdy przed mocą nie ugniemy szyi,
Bo u Chrystusa my na ordynansach,
Słudzy Maryi.
Bóg naszych ojców i dziś jest nad nami,
Więc nie dopuści opaść w żadnej klęsce,
Wszak kiedy On był z naszymi ojcami,
Byli zwycięzce".
Pożegnaliśmy panią Alinę tym duchowym testamentem naszych przodków. I modlitwą.
Kazimierz Nowosielski